Newsletter to list ode mnie, który będę wysyłać od czasu do czasu.
Dam znać o spotkaniach ze mną, nowych książkach, poszukiwaniach bohaterów/bohaterek i innych ważnych sprawach.
Każda osoba, która zapisze się na newsletter, otrzyma ode mnie nieopublikowany fragment "Zakonnic...", który nie wszedł do książki.
To historia, która się już nie zmieściła.

Wywiad z siostrą Olech

Gdyby jakieś wydarzenia przekraczały granice poszanowania godności ludzkiej, mam prawo, a nawet obowiązek, nie godzić się na to. Rozmowa z matką Jolantą Olech, urszulanką szarą, sekretarką generalną Konferencji Wyższych Przełożonych Żeńskich Zgromadzeń Zakonnych

Przeczytaj na stronach „Gazety Wyborczej”: Zakonnice muszą więcej. Wywiad z siostrą Jolantą Olech

Czy kiedykolwiek wcześniej była zakonnica pozwała swoje zgromadzenie?

– Nie słyszałam o takim przypadku. Nie mam też wiedzy o sprawie, którą pani opisuje, ani kompetencji, by prosić zgromadzenie o informacje. Rozumiem, że ta historia miała miejsce kilkanaście lat temu, a od tego czasu wiele się zmieniło. Życie zakonne jest organizmem żywym: powstają nowe wspólnoty, inne się starzeją. W ciągu ostatnich ponad 50 lat, po Soborze Watykańskim II, zmiany w zakonach nabrały przyspieszenia, ale u nas nie są one tak spektakularne jak na Zachodzie.

Dlaczego?

– Gdy w Kościele powszechnym po zakończeniu soboru rozpoczęła się reforma życia zakonnego, której celem było dostosowanie się do potrzeb współczesności, my zmagaliśmy się z komunizmem, który chciał zniszczyć, a przynajmniej zmarginalizować Kościół, w tym życie zakonne. Od 1949 do 1989 roku zmieniały się metody, ale cel był ten sam. Zabrano nam wszystkie dzieła: szkoły, domy dziecka, przedszkola, zabroniono pracować w szpitalach, pozbawiono środków do życia. Robiono wszystko, by uniemożliwić zakonnicom kontakt ze społeczeństwem i wpływ na wychowanie dzieci i młodzieży. Kto wtedy myślałby o radykalnych zmianach? To był okres walki o przetrwanie. A było nas wtedy ponad 27 tysięcy, najwięcej na przestrzeni ostatnich trzech wieków.

Co zmieniło się przez 54 lata?

– Zmiany dotyczyły głównie prawa regulującego codzienne życie, zwyczajów mających nierzadko wiele wieków tradycji, gdzie indziej habitów. Położono nacisk na wzajemne relacje, by stawały się bardziej proste, ewangeliczne, powiedziałabym: demokratyczne. Zajęto się kształceniem sióstr, od przełożonych poczynając.

U dominikanek kilka lat zajęła reforma samego welonu.

– Każde zgromadzenie ma prawo dokonywać zmian w takim zakresie i tempie, jak chce.

Wciąż przyjmuje się 16-latki?

– Nie mogę wypowiadać się za wszystkie zgromadzenia, bo są autonomiczne i nie podlegają kontroli. W moim, u urszulanek, nie. Już od wielu lat rzadko widujemy 20-latki. Dziś do wspólnoty przychodzą kobiety 23-35-letnie.

Ktoś kontroluje siostry listy?

– Nie. W naszym zgromadzeniu kontrola korespondencji, sprzeczna z prawem, została zniesiona pewnie z 50 lat temu, właśnie w ramach zmian posoborowych. Nie wiem, czy jakieś zgromadzenie jeszcze ją zachowało. Telefony komórkowe i poczta elektroniczna to dziś niemal norma. W domu, w którym mieszkam, 85 procent sióstr – poza najstarszymi i niezdolnymi do ich używania – korzysta z telefonów komórkowych. Mają też – ze względu na pracę – własne komputery, a cała wspólnota komputery do użytku wspólnego. Wychodzimy z założenia, że zakazy prowadzą donikąd, a kluczem jest odpowiedzialność za nasze kontakty. Nikt nie kontroluje spotkań z rodziną i ze znajomymi. Każde zgromadzenie ma swoje zasady, ale wszędzie wstąpienie do zakonu to wolny i świadomy wybór dokonany przez dorosłego człowieka, w którym rezygnuję (bo chcę) z małżeństwa i podobnych związków (ślub czystości). Rezygnuję z posiadania i dysponowania dobrami materialnymi, bo chcę żyć we wspólnocie dóbr i pomagać innym (ślub ubóstwa). Oddaję się do dyspozycji, by pracować dla ewangelizacji i służyć innym (ślub posłuszeństwa). Nie może to być postrzegane jako zamach na wolność i łamanie jakichś praw.

Gdy słucha się byłych zakonnic, ma się wrażenie, że posłuszeństwo w klasztorze przekracza granice godności.

– Gdyby jakieś wydarzenia przekraczały granice poszanowania godności ludzkiej, mam prawo, a nawet obowiązek, nie godzić się na to. Kiedy czytałam świadectwa ekssióstr w książce Marty Abramowicz „Zakonnice odchodzą po cichu” – pełne bólu, cierpienia, upokorzenia, poczucia odrzucenia w środowisku – myślałam: to nie mogło się zdarzyć. Ale zdarzyło się. Wierzę, że to nie są codzienne sytuacje. Przeciążenie pracą to niestety częsta sprawa, spowodowana ogromem wykonywanych przez nas zadań, przy spadku powołań. Siostry prowadzą około 500 przedszkoli, szkół podstawowych, średnich i wyższych, 60 burs, internatów i domów dla studentek, 122 domy dziecka i 90 świetlic. Do tego dochodzą okna życia, 210 domów opieki, noclegownie i ponad sto stołówek. Blisko setka sióstr jest zaangażowanych w duszpasterstwo więźniów. Prowadzą niemal 500 portali internetowych i pracują w dziełach innych podmiotów: Caritasu, diecezji, parafii, instytucji kościelnych i ostatnio – w Centrum Migranta. A jest nas coraz mniej. Niektóre biorą więc na siebie więcej.

Czemu siostry nie otrzymują zapłaty za wykonaną pracę?

– Otrzymane wynagrodzenie oddajemy do wspólnej kasy, z której potem czerpiemy na nasze utrzymanie, kształcenie, leczenie, ale także na to, by wspomagać nasze nierentowne często dzieła. Czyli – pomagać ludziom. Zakony pracują za darmo, gdy zachodzi potrzeba – np. na misjach. Ale każda praca w dziełach czy instytucjach odbywa się na umowę o pracę. Także w parafii, z którą przełożona ustala obowiązki i odpłatności.

Zakonnicy, mężczyźni, nie wydają się tak zaharowani.

– Relacje w Kościele to osobny temat, warto tu poczytać przemówienia papieża Franciszka. Nasze prace, jak wszystkich kobiet, można by uszeregować w linii od nauczania na uniwersytetach i prestiżowych stanowisk – dobrze byłoby, gdyby ich było więcej – do prac fizycznych w domu czy kuchni. Dzisiaj model zakonnicy coraz bardziej przypomina model „kobiety pracującej”, która po powrocie z pracy ma dyżury we wspólnocie: sprząta, gotuje. Bo kto miałby to robić? Nie mamy służących. Tylko w największych wspólnotach zatrudnia się czasem osoby świeckie. Czy zakonnicy są mniej zapracowani? To już oni musieliby odpowiedzieć.

Spada liczba powołań, rośnie liczba odejść. Wyciągacie wnioski?

– Powołania spadają od kilkunastu lat. Odejścia dotyczą przede wszystkim okresu formacji i choć nie są to wielkie liczby, to staramy się wyciągać wnioski. Książka Marty Abramowicz okazała się dla nas opatrznościowa, bo poruszyła sprawy, o których nie myślałyśmy. W efekcie w listopadzie odbyła się w Warszawie sesja dla przełożonych prowincjalnych i generalnych na temat odejść. Zastanawiałyśmy się nad przyczynami, klimatem, w jakim powinny się odbywać, i udzielaną pomocą. Powstały punkty wsparcia i ośrodek kryzysowy, gdzie odchodzące siostry mogą znaleźć pomoc. Jedno ze zgromadzeń urządziło spotkanie – bardzo wzruszające – z siostrami, które od nich odeszły. Bardzo mi zależy, by było jasne, że nikt nikogo nie przyprowadza na siłę do klasztoru. Ani potem nie trzyma na uwięzi. Co więcej, kilka razy w czasie okresu formacji trzeba pisemnie prosić zgromadzenie o to, by móc w nim pozostać. Złożenie ślubów zakonnych musi być aktem wolnym, przemyślanym i złożonym przez osobę dorosłą. Dziś, szczególnie gdy przychodzą do klasztorów osoby starsze, często po studiach, z doświadczeniem samodzielnego życia i pracy zawodowej, trudno domniemywać, że nie wiedzą, na co się decydują. Zresztą gdyby te warunki były tak dramatyczne, jak czasem bywają opisywane, kto by się ostał? Nie chcę przez to powiedzieć, że zawsze jest pogodnie, szczęśliwie, bez napięć. Ale mam głęboką nadzieję, że opisywane trudne przeżycia nie są normalnym „sposobem na życie” we wspólnotach zakonnych, a maltretowanie sióstr „metodą wychowawczą”.

Rozmawiała Katarzyna Włodkowska