Newsletter to list ode mnie, który będę wysyłać od czasu do czasu.
Dam znać o spotkaniach ze mną, nowych książkach, poszukiwaniach bohaterów/bohaterek i innych ważnych sprawach.
Każda osoba, która zapisze się na newsletter, otrzyma ode mnie nieopublikowany fragment "Zakonnic...", który nie wszedł do książki.
To historia, która się już nie zmieściła.

Epilog „Zakonnic”

Napisałam epilog książki, o tym, co się wydarzyło od czasu jej wydania. Tekst został opublikowany w „Gazecie Wyborczej” 9 marca 2017.

Wiosna zeszłego roku. Książka „Zakonnice odchodzą po cichu” znika tak szybko z księgarń, że wydawnictwo nie nadąża z dodrukiem.

Fronda: „Jak nietrudno się domyślić, jest to nienawistny i przemyślnie zorganizowany atak na stan konsekrowany. Nieprzypadkowo pojawia się w Wielkim Poście”.

„Gość Niedzielny”: „W wywiadach – punkt po punkcie – można przeczytać dramatyczne szczegóły na temat życia sióstr zakonnych. Jednak ktoś, kto choć trochę zna życie zakonne, zna zgromadzenia – po prostu wzrusza ramionami i stwierdza: »ale bzdury«”.

Rzecznik Komisji Episkopatu Polski: „Wobec takiej nagonki medialnej siostry zakonne są bezbronne”.

Recenzenci z pism prawicowych chwalą się, że nie czytali książki. Do tego samego namawiają swoich czytelników.

Nad „Zakonnicami…” pochyla się również Konferencja Wyższych Przełożonych Żeńskich Zgromadzeń Zakonnych. Publikuje protest dotyczący jednego z artykułów: „Trudno podejmować dyskusję z bardzo prymitywnymi tezami na temat osobowości sióstr zakonnych i życia we wspólnotach zakonnych tam zamieszczonymi” – pisze siostra Jolanta Olech, sekretarka generalna Konferencji. Kilka dni przed wydaniem książki udzieliła też wywiadu o odchodzeniu sióstr, który zaczynał się słowami: „To, że odchodzimy po cichu, świadczy o nas dobrze – nie tylko o zakonnicach, ale w ogóle o kobietach”.

Siostra Olech zaprasza mnie do Episkopatu na rozmowę. – Z pewnym niepokojem, czy nie zakłócę pani wizji odnoszącej się do zakonnic – dodaje z przekąsem.

W przeciwieństwie do pozostałych osób książkę przeczytała bardzo dokładnie. Tu i ówdzie ma zakładki. Najpierw lecą gromy: – Nie ma pani pojęcia o życiu zakonnym. Przyznaję jej rację. Jestem tylko reporterką, która sprawiła, że świadectwo byłych sióstr zostało usłyszane. Przez godzinę mówi, z czym w książce się nie zgadza i dlaczego. Potem jednak dodaje: – I tak udało się pani dotrzeć do wielu źródeł. A potem: – Chciałam się z panią spotkać, żeby moje emocje opadły. Żeby móc wrócić do tych rzeczy w książce, nad którymi warto się pochylić.

Pyta, ile przyszło listów od byłych sióstr i co w nich jest. Te świadectwa traktuje poważnie.

Do dziś napisze do mnie blisko 200 byłych zakonnic.

Piszą, że książka dodała im odwagi, przyniosła ulgę, wyleczyła z poczucia winy. Że dzięki historiom innych sióstr przestały się czuć samotne:

„Pani książka jest nie tylko o tych 20 kobietach, z którymi się Pani spotkała. Jest tak naprawdę książką o każdej z nas. Które odważyłyśmy się żyć inaczej”.

„Książka… była dla mnie jakby lustrem, w wielu sytuacjach widziałam siebie, cóż, dużo emocji… Jest prawdziwa, myślę, że to najlepsze słowo. Nawet jeśli gdzieś podświadomie spodziewałam się bardziej drastycznych przykładów, typu przemocy fizycznej ze strony przełożonych, nadużyć władzy i manipulacji opartej na przemocy i zastraszaniu, molestowania ze strony księży, a nawet biskupów, ryzykowania zdrowia i życia sióstr, bo życie i zdrowie sióstr jest własnością zgromadzenia… długo by mówić. Uważam, że ta książka nie tylko daje głos tym, które go nie miały, ale jest potężnym krokiem naprzód w zmianie mentalności ludzi… Może odejście z zakonu przestanie być wstydem i zbrodnią”.

„W moim środowisku – tu, gdzie mieszkam – nikt nie wie, że byłam zakonnicą. W mojej rodzinnej wsi mało bywam. Łatwiej ukryć się w mieście, niż żyć w małym środowisku z piętnem byłej zakonnicy”.

„Mam nadzieję, że ludzie zrozumieją, że odejście to nie akt tchórzostwa, ale odwagi”.

Tylko kilka listów jest od byłych sióstr, które ciepło wspominają zgromadzenie. To napawa mnie nadzieją, że są miejsca, gdzie dzieje się dobrze. Bo wierzę, że klasztory są pełne sióstr podobnych do moich bohaterek, które poszły tam, bo chciały czynić dobro. I że są zakony, które im to umożliwiają.

Są też miejsca, gdzie nie ma dyskusji. Docierają do mnie złowróżbne listy, jak ten, który przełożona pisze do swoich sióstr w jednym ze zgromadzeń:

„…W ostatnim czasie ukazała się książka Pani Marty Abramowicz »Zakonnice odchodzą po cichu«. Książka, która oczernia nasz Święty Kościół i służebnice wybrane przez Pana Naszego – a więc każdą z nas, Drogie Siostry. Ukazuje osoby konsekrowane jako słabe, zmanipulowane dziewczęta, które nie potrafią samodzielnie myśleć. Podejmuje próbę zniszczenia wartości głoszonych przez nasz umiłowany Kościół.Zamiast szukać sensacji, Kochane Siostry, módlcie się jeszcze więcej i goręcej. Niech Dobry Bóg sprawi, iż żadna z Was nie ulegnie szatańskiej pokusie przeczytania tej książki. Ja jako Wasza Matka i Siostra w Chrystusie Panu proszę, aby żadna z Was nie skalała się grzechem, czytając i rozpowszechniając treści zawarte w tej obraźliwej książce. Drogie Siostry, należy modlić się za bohaterki książki Pani Abramowicz i za nią Samą, ponieważ szatan zawładnął już kolejnymi duszami nieśmiertelnymi…”.

Pisze do mnie też kilka „szczęśliwych sióstr”. Uważają, że powinnam napisać o „zakonach przepełnionych miłością, gdzie mury wypełnione są radością, śmiechem i pokojem”.

Mówię siostrze Olech, że jestem zaskoczona reakcjami na książkę z prawej strony. Ale muszę też przyznać jej rację, że nie lepiej bywa z drugiej strony.

„Po co szły do zakonów? Niedojrzałe, głupie, same sobie winne. Nie wiedziały, że zakony to sekta? Że Kościół to instytucja przestępcza, którą należy zdelegalizować?” – czytam komentarze na forach internetowych. Także teraz po reportażu o zakonnicy niewolnicy z ostatniego „Dużego Formatu”.

A ta historia nie jest czarno-biała.

Jakże łatwo byłoby nam obwinić matki przełożone. Że to one, niczym złe macochy, gnębią swoje zakonne córki. Że to one są za wszystko odpowiedzialne. Ale czyż nie takie zadanie wyznaczył im Kościół? Zakonnice mają być ciche i pokorne jak Maryja. Im bardziej rezygnują z siebie, im bardziej wyrzekają się świata, im więcej upokorzeń przyjmują, tym bliżej są Boga. Ich droga to nieustająca ofiara i umartwienia.

Zakonnica ma przede wszystkim służyć. Myć kościelne posadzki, ustrajać ołtarze, prasować alby, gotować księżom, w międzyczasie zaopiekować się potrzebującymi w swoich dziełach, a na koniec zadbać też o siebie. Bo zakonnica to kobieta. Czy to nie przypomina dnia perfekcyjnej pani domu?

Pisze do mnie siostra Marta: „Gdyby była Pani żoną, matką, nie gotowałaby, nie sprzątałaby Pani mieszkania, nie szorowałaby na kolanach łazienki, nie prałaby mężowi i nie prasowała skarpetek na kant?”.

Ale zakonnice muszą się też same utrzymać i zapłacić księdzu za odprawienie mszy. A przecież one nie są dopuszczone do posług duszpasterskich, nie zbierają co niedziela na tacę, nie biorą „co łaska” za pogrzeb.

Sprawa jest jasna, kobieta nie może dostąpić sakramentu kapłaństwa. Przez wieki uważano, że jeśli zbliży się do ołtarza w celu innym niż komunia święta, popełni grzech ciężki. Jeszcze w latach 70. Watykan wydał instrukcję zabraniającą wszystkim kobietom, w tym zakonnicom, posługiwania księdzu w czasie mszy. Mężczyźni zagwarantowali sobie całkowitą władzę w Kościele katolickim – wszelkie wiążące decyzje podejmować mogą tylko ci, którzy otrzymali święcenia kapłańskie. Mało wiarygodnie wypadają na tym tle słowa o geniuszu kobiecym i tym, że chrześcijaństwo pierwsze ukazało, że kobieta i mężczyzna są równi w swojej godności.

Czytelniczki, które przychodzą na spotkania ze mną, nie są feministkami. Są katoliczkami, dla których Kościół jest ważny. Ale też widzą, jak daleko bywa on od miłości bliźniego, o której mówił Chrystus. Bliskie są im dylematy wiary bohaterek książki. Kiedy o tym rozmawiamy, nie mają wątpliwości. Mówią:

– Ta książka jest o nas wszystkich. O kobietach.
– W Kościele nie mamy nic do powiedzenia.
– Wszystkie jesteśmy zakonnicami!

***

Marzec, rok po ukazaniu się „Zakonnic”. Siostra Olech udziela wywiadu „Gazecie Wyborczej”:

– Książka Marty Abramowicz okazała się dla nas opatrznościowa, bo poruszyła sprawy, o których nie myślałyśmy – mówi. – W efekcie w listopadzie odbyła się w Warszawie sesja dla przełożonych prowincjalnych i generalnych na temat odejść. Zastanawiałyśmy się nad przyczynami, klimatem, w jakim powinny się odbywać, i udzielaną pomocą. Powstały punkty wsparcia i ośrodek kryzysowy, gdzie odchodzące siostry mogą znaleźć pomoc. Jedno ze zgromadzeń urządziło spotkanie – bardzo wzruszające – z siostrami, które od nich odeszły.

Byłe siostry założyły stowarzyszenie mające na celu pomoc odchodzącym. Można do nich napisać na adres mailowy: bylezakonnice@gmail.com

1 comment
  • Elzbieta Urzędowska
    REPLY

    I co Olech mogła powiedzieć? Sama tkwi w strukturze zgromadzenia i niestety ma klapki na oczach. Pamiętam jak sama ostrzegała na zebraniach w Episkopacie przed różnymi osobami, które zbierały informacje o byłych siostrach. Ogólnie Zgromadzenia czy sam Kościół uważają za dobre co i sprzyja reszta to zło. Byłe zakonnice ich zdradziły i najlepiej ich obarczyć odpowiedzialnością, przecież zgromadzenie jest nieskazitelne – wskazuje wolę Bożą. Ja byłam w zgromadzeniu 17 l , poznałam wiele zachowań sióstr i księży. Jestem szczęśliwa, że wyszłam. Potrzeba było wiele czasu by powrócić to normalnego myślenia. A Olech w tym tkwi. Ma brak możliwości innego spojrzenia na problem zakonów i Kościoła. Pozdrawiam Ela

Leave a Reply

Your email address will not be published.